Blog
Rorschach
0 obserwujących 8 notek 5594 odsłony
Rorschach, 11 sierpnia 2009 r.

Rzepa w kozim rogu

Dziś ogólna notka o tym, jak i dlaczego redakcja „Rzeczpospolitej” (a wraz z nią całe zastępy współczesnych konserwatystów) zapędziła się w kozi róg. Tendencja do wzmacniającego stupor intelektualny sprzężenia zwrotnego w naszej ulubionej gazecie zaczęła być wyraźnie widoczna już ze dwa-trzy lata temu, ostatnio jednak przechodzi wręcz w silne upośledzenie zdolności kognitywnych. Winne jest oczywiście – jak zawsze – PiS.

Rzepka od dawna usilnie stara się promować tradycyjną wizję instytucji rodziny. I chwała jej za to – wizja obecnie modna (i rozpowszechniana ogromnym nakładem środków – wszyscy pamiętamy wszechobecność okropnego spotu Fundacji Batorego) jest po prostu głupia i szkodliwa. Jednocześnie tradycyjne rodzinne wartości wydają się znajdować nad przepaścią. Wszędzie wokół widzimy idiotów, którzy opowiadają modne bzdury, podczas gdy głos rozsądku i doświadczenia jest wyszydzany, okpiwany jako archaiczny i nienaukowy. Czemuż się dziwić, skoro „postępowcy” (a w rzeczywistości zwykłe pogrobowce lata temu skompromitowanego marksizmu) mogą liczyć na niesłabnące źródło funduszy publicznych – czy to ze strony UE, czy polskiego państwa, które z oczywistych względów zawsze chętnie sypną kiesą na propaństwowe projekty.

Fundamentalnym błędem, jaki może popełnić konserwatysta, jest założenie, że zło wynika z nowoczesności. Że ta oznacza młodość, niedoświadczenie, więc i „naturalną” głupotę. W rzeczywistości przemijający dziś sukces Europy, który później przejęły Stany Zjednoczone, nie polegał na ślepym promowaniu starych wartości i ich konserwowaniu, lecz na egzekwowaniu mądrych idei etyki chrześcijańskiej. To relatywnie niska zawartość błędów, trafność postulatów i spójność chrześcijaństwa, które od początku uznawało fundament wolności jednostki, prawa do prywatności, pomagania sobie w ramach dobrowolnych instytucji społecznych, czy prawa do własności własnego dorobku, sprawiły, że ludność Europy żyje dziś o wiele lepiej niż mieszkańcy pozostałych kontynentów (z wyjątkiem Ameryki Północnej, jeszcze konsekwentniej adaptującej purytańskie wartości, i niektórych skrawków Azji, stawiających na pracowitość, przedsiębiorczość, własność prywatną i niemal zupełny brak „osłon” socjalnych). Konserwatyści zamiast widzieć źródło zwycięstwa wartości przedmarksistowskich w konkretnych „technicznych” rozwiązaniach społecznych, chcieliby prostego powrotu do tego, co stare.

To jednak nie jest możliwe, gdyż przeminęły przyczyny utrzymywania się starego porządku. Próba wciśnięcia nowego społeczeństwa w stare tryby musi zakończyć się kompletną klapą, zawierając w sobie jedynie myśl prymitywnego behawioryzmu, nakazującego najpierw zmieniać zachowania, a potem oczekiwać, że wszystko jakoś samo „wróci do normy”.

Oprócz tych elementów dochodzi także konserwatywne umiłowanie siłowych rozwiązań, które w atawistycznych afektach wydają się tak proste i skuteczne: walimy pięścią w stół, a porządek przywraca się „sam”. Stąd sentyment do Margaret Thatcher, „żelaznej damy”, poparcie dla interwencji George’a W. Busha w Iraku i niechęć do miękkich, ciapowatych gaduł, takich jak nieświętej (bo ateistycznej) pamięci Bronek Geremek. Tymczasem to właśnie te pozornie miękkie ciapy rozłożyły na łopatki cały współczesny świat, i jak pijawki przyssały się do bezbronnego, omamionego gładkimi słówkami ciała narodów. Siła nie jest w stanie wygrać z cwanymi, czarującymi uwodzicielami pokroju Tuska, Leppera, czy Michnika.

Wskutek tych błędów konserwatyści nie zauważają, że główną przyczyną rozpadu instytucji rodziny jest jej zupełna dziś zbędność. Ludzie nie są źli z natury, ale mają wolną wolę i zło czynić mogą. Są leniwi, skłonni do zwalania na innych odpowiedzialności, są wygodni, szukają więc rozwiązań najprostszych i najskuteczniejszych, ale niekoniecznie moralnych. Gdy mogą polegać tylko na sobie, czyli w warunkach prywatnej odpowiedzialności, skłania ich to do inwencji, do poszukiwania rozwiązań ułatwiających życie, czyli do samorozwoju. W sytuacji bezpośredniego zagrożenia ludzie muszą (i chcą) dla własnego ocalenia łączyć się ze sobą, porozumiewać się i dzielić. Gdy napada obce wojsko, trzeba działać wspólnie. Gdy spada potop, trzeba sobie pomagać. Nie dziwią zupełnie nagłe wybuchy zachowań społecznych w czasie katastrof takich jak 11 września, czy bliższej nam powodzi tysiąclecia. Gdy jesteśmy stadem wilków, zdanych tylko na siebie, działamy jak społeczność.

Obecnie wszelka odpowiedzialność została zepchnięta na państwo opiekuńcze, które dba o naszą starość (emerytury zamiast dzieci), pracę (zasiłek zamiast braci) i wykształcenie (szkoła zamiast rodziców). Państwo robi to wszystko źle, ale umożliwia nam słodkie lenistwo, bo po prostu nie musimy już o niczym myśleć. Przestaliśmy odpowiadać za swój los, nie wisi nad nami rzeczywistość, jest za to miękka, ciapowata sieć stałych zapewnień o bezpieczeństwie, jak przed napaścią Hitlera i Stalina na Polskę, lub jak przed kryzysem („ceny nieruchomości będą zawsze rosnąć”).

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Chevalier Bez nerwów! Jest lato, możemy sobie spokojnie pogadać. Luz. Imię Leopolda...
  • @romank Czyli zgadzamy się co do tego, że nie trzeba przymusu państwowego, żeby tradycyjne...
  • @nielubiegazety2 Nic nie pomogą gładkie słówka o wyższości racji i konieczności...

Tagi

Tematy w dziale