Blog
Rorschach
0 obserwujących 8 notek 5594 odsłony
Rorschach, 11 lipca 2009 r.

Co o podatkach myślą politycy

Oczywiście myślą o nich szczególnie ciepło. Nie dlatego, że lubią je pobierać (choć to też chleb dla biurokracji skarbowej) – wręcz przeciwnie, podatki dotkliwie krzywdzą przedsiębiorców i innych obywateli kraju, dlatego politycy robią wszystko, aby każdy wzrost opodatkowania był skrupulatnie ukrywany przed opinią publiczną – ale dlatego, że stanowią źródło dla wydatków. Wydatki, jak wiemy, są bardzo politykom miłe. Im większe wydatki, tym większą realną władzą dysponują. I nie mówimy o tym, że zależy im na władzy nad budową dróg czy przystanków autobusowych finansowanych ze środków unijnych, tylko o władzy nad sposobem rozdzielania przywileju, jakim są pieniądze spływające magicznie „z góry”.

Każdy polityk, by przetrwać, musi umieć robić dobrze ludziom, którzy kryją jego plecy. Musi znaleźć stronników, którzy będą zwalczać jego nieprzyjaciół. Najskuteczniejszym sposobem jest przykładowo danie jednemu z ulubionych ministrów środków na organizowanie przetargów na chodniki, dzięki czemu minister dbając o bazę poparcia dla swoich kolegów zorganizuje budowę chodników w gminie, dajmy na to, Pszczyn (i w setce innych, „obdarzonych” równie przychylnymi paszczami lokalnych polityków do nakarmienia), a pszczyńscy radni z tej samej partii – uradowani możliwością urobienia przetargu tak, aby mogła w nim wygrać tylko jedna firma, która będzie miała przyjazne afiliacje, a może i coś da w łapkę – poprą z wdzięczności odpowiednich kandydatów na partyjnym kongresie w kolejnym roku. Oczywiście takie drzewko zależności jest zwykle o wiele bardziej pokomplikowane – w końcu kolega kolegi musi dostać się do zarządu znanej firmy, dzięki czemu ta firma dostanie pewne miejsce w realizacji kontraktu drogowego, a za dodatkowe usługi odpowiedzialny za wszystko minister… tfu, zamieńmy to nieoddające rzeczywistości słowo na lepsze, czyli „władztwo”. Zatem władny minister (najpewniej skarbu) zawrze w umowie z tą firmą takie klauzule, które umożliwią firmie skuteczne wymigiwanie się z umownych zobowiązań, zobowiązując skarb państwa do dalszego płacenia z kiesy podatników. Tym ten mechanizm przyjemniejszy, że nawet za milion lat minister nie będzie osobiście odpowiedzialny za te pieniądze, bo marzenia o tym, aby zapłacił choć grosz z własnej kieszeni, odłóżmy między bajeczki dla lekkoduchów. Ten sam minister najpewniej otrzyma pod opiekę dom, który zostanie mu nieodpłatnie użyczony przez zaprzyjaźnionego biznesmena, lub odeśle do dobrze płatnej pracy kuzyna lub sojusznika politycznego, albo też, jak to drzewiej, czyli za czasów wczesnego post-prelu bywało, jego córeczka wyjedzie na dwa tygodnie na bardzo przyjemną wycieczkę wartą kilka tysięcy złotych. A podatnicy zapłacą za ten przywilej tak najmniej to z 10 baniek.

Pamiętajmy – politycy to bardzo wesoła kompania: w większości pijusy i „niezłe jebaki” (to tylko cytat, prosimy wybaczyć), koledzy, kolesie, wdupowłazy, plecaki, teczkowi, lizusy bezczelne i te krygujące się, rycerze cyniczni lub kanapowi, często i cyniczni, i kanapowi, ale za to nieudolni. Czasem zdarzy się polityk uczciwy, ale zwykle to taki kanapowiec, co po prostu nie wie, „z czym się to je”, czyli czyje plecy należy kryć, komu oddać przysługę i jak. Czasem też nie ma taki po prostu realnej władzy, którą mógłby delegować w umiejętny sposób. Może też nie mieć możliwości poruszania się w towarzystwie, czyli nie mieć odpowiednich kolesi w odpowiednich miejscach – lub kolesie nie chcą go znać, czyli przyjąć do własnego kółka wzajemnej adoracji. Generalnie, bagno, które z taką sobie elokwencją (a raczej czymś, co się określa jako „gadane”, tj. dość obrzydliwą umiejętnością nieustannego nawijania na uszy makaronu; dziś trzeba to jeszcze sformatować, czyli z uśmiechem na ryju wplatać słowa kluczowe – gadać o wielkich celach, omamiać słabszy elektorat przeciętniaków, czyli bredzić możliwie prymitywnie; z innymi „targetami” trzeba inaczej, ale też się da, bo ci yntelygentniejsi pójdą na lep każdej większej sprawy, którą mogą pobrylować w swoim towarzystwie) drze forsę z każdego z nas, co to próbują uczciwie wiązać koniec z końcem, czyli oferować produkt w zamian za pieniądze.

Taki uczciwy człowiek to musi się nakombinować, żeby uczciwie zarobić. Musi porównać koszty wytworzenia swojego produktu z kosztami jego odsprzedaży. Te koszty to nie jest abstrakcyjna zabawka jakiegoś bezdusznego mechanizmu rynkowego, czy jak to tam to teraz nazywają dzisiejsze salonowe lwy – to faktyczne, fizyczne ograniczenie praktycznych warunków naszego materialnego świata. Żeby zrobić byle butelkę z napojem, trzeba mieć maszynę, która jest w stanie przekształcić surowiec w odpowiedniej formie. Trzeba poddać taką butelkę obróbce, trzeba w innej maszynie przekształcić odpowiedni metal (plus nieco plastiku) w kapsel, który inny maszyna musi na butelkę nałożyć. Trzeba wlać do tej butelki w odpowiednich warunkach płyn, a cały proces (oraz płyn) musi być tak zabezpieczony, żeby się nie zepsuć. Trzeba umówić się z dystrybutorami, trzeba mieć ciężarówki, trzeba zabezpieczyć się na wypadek spadku popytu, błędów produkcyjnych, trzeba umieć przewidzieć wycofanie serii produktu w przypadku jego wadliwości, trzeba zaplanować wielką operację logistyczną, jaką jest taka produkcja, transport i… i trzeba mieć dość miejsca, aby zapisać cały blog setką notek mówiących tylko o tym. A dla lewicowych lwów salonowych nudą wieje, bo to są tylko „szczegóły techniczne”, które się rozwiązują „same”. A lud przecież głoduje, o tym się mówi, to jest modne.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Chevalier Bez nerwów! Jest lato, możemy sobie spokojnie pogadać. Luz. Imię Leopolda...
  • @romank Czyli zgadzamy się co do tego, że nie trzeba przymusu państwowego, żeby tradycyjne...
  • @nielubiegazety2 Nic nie pomogą gładkie słówka o wyższości racji i konieczności...

Tagi

Tematy w dziale