Blog
Rorschach
0 obserwujących 8 notek 5594 odsłony
Rorschach, 8 maja 2009 r.

Rozdwojenie jaźni obrońców wolności

W ostatnią środę Parlament Europejski decydował o losie nowych regulacji telekomunikacyjnych dotyczących internetu. Dużo się zrobiło wokół tej decyzji szumu, wiele osób grzmiało o niszczeniu wolności i pozbawianiu prawa do informacji, w telewizyjnych serwisach informacyjnych pojawiły się najczęściej sprzeczne informacje o piratach walczących o obronę swobody wymiany informacji, o wcześniejszej decyzji sądu w sprawie twórców serwisu Pirate Bay itp.

O samych propozycjach głosowanych przez PE nie wiadomo zbyt wiele. Na szczęście poza dziennikarzami, którzy przetwarzają i wydalają biegunkę informacyjną metodami szybkimi i jednocześnie nader prymitywnymi (tj. bez użycia inteligencji sięgającej nad automat sortujący i wycinający nadmiarowe słowa), istnieją też ludzie naprawdę ciekawi świata (i to jest główna jakość różniąca ich od znudzonych i wyrażających ogólne désintéressement większości dziennikarzy), tacy jak choćby Autor serwisu VaGla.pl, Piotr Waglowski (który w swoim niedawnym wpisie pokusił się o próbę podsumowania tego, co się właściwie w PE wydarzyło), albo Borys Musielak, twórca OSnews.pl, ale też, nieco z innej strony sporu, dziennikarz Gazety Wyborczej, Konrad Niklewicz, który o sprawie informował na swoim blogu. Swoje trzy groszedorzucił też do sprawy Olgierd Rudak.

Na poczet argumentu, który wyłożymy poniżej, postaramy się, kierując się informacjami, które przedstawili wymienieni powyżej, streścić meritum sporu. PE chciał więc przegłosować m.in.:

  1. Konieczność informowania klientów przez dostarczycieli internetu o fakcie wprowadzenia pakietów, uzależniających dostęp (lub jego brak) do stron internetowych od ich modelu biznesowego, podobnie jak to ma miejsce w przypadku telewizji kablowych.
  2. Konieczność potwierdzenia sądowym wyrokiem nałożenia na internautę restrykcji w postaci odebrania mu dostępu do internetu czy tylko niektórych stron w internecie.
  3. Stwierdzenie, że o ograniczeniach w dostępie do internetu mogą decydować państwa członkowskie. ("W tej dyrektywie jest wprost napisane, że to państwa członkowskie, na mocy swojego prawa krajowego, mogą decydować o ewentualnym odcięciu od internetu- dodaje Lewanowicz". Źródło: tutaj; podkreślenie: Rorschach.)
  4. Stwierdzenie, jakkolwiek wydawałoby się puste, że dostęp do internetu jest podstawowym prawem człowieka.
  5. (W związku z pkt. 4.) Wprowadzenie tzw. "powszechnego dostępu", czyli usługi z "podstawowym" dostępem do internetu, która byłaby "za przystępną cenę" dostępna dla "wszystkich". Oprócz tego "darmowy" dostęp do numerów alarmowych, "linii społecznych" itp. fanaberie.
  6. Ograniczenia urzędowe dostępu do sieci "w trosce o jakość usług".
  7. Ograniczenie maksymalnej długości umowy z operatorem do 24 miesięcy ("preferowana" przez PE długość kontraktu to 12 miesięcy).
  8. Obowiązek umożliwienia klientowi wybrania pewnej granicy kosztu połączeń i obowiązek informowania o zbliżaniu się przez klienta do tegoż limitu.
  9. Obowiązek przenoszenia przez operatora numeru w ciągu co najwyżej dnia.
  10. Inne.

I tutaj zaczyna się zabawa. Wszyscy - parlamentarzyści, blogerzy, dziennikarze - jak jeden mąż (co przytomnie zauważa Olgierd Rudak) "bronią" wolności, nie dbając o faktyczną postaćtejże. Przykładowo, Piotr Waglowski w swoim obok Ryszarda Czarneckiego telewizyjnym wystąpieniu (o czym Autor VaGli pisze tutaj) próbuje mówić coś o korporacjach, które są bardzo niebezpieczne, bowiem ograniczają wolność biednych klientów poprzez odbieranie im dostępu do stron internetowych z pomocą owych głośnych pakietów.

Ale, chwileczkę! Gdzież tu brak wolności? Obie strony kontraktu zgadzają się na wymianę dwóch towarów: konkretnego sposobu przesyłu informacji za konkretne pieniądze. Jeśli w to wchodzi rząd, prawnie zmuszając klienta do zwiększenia tej konkretnej kwoty, albo do jej zmniejszenia, albo do zwiększenia tej konkretnej ilości informacji, albo do jej zmniejszenia, to właśnie to jest łamanie wolności tych dwóch stron kontraktu.

Na marginesie: Oczywiście zakładamy, że dostawca internetu nie ukradł wcześniej prawa dostępu do internetu, czyli że jego własność (serwery, wejście do internetu) jest legalna w sensie etycznym i moralnym. W dzisiejszym świecie niestety państwo ustanawia liczne monopole, stąd np. dziś w Polsce działać wolno zaledwie czterem niewirtualnym dostawcom usług telefonii komórkowej.

Co więc jest złego w ograniczaniu dostępu do internetu przez usługodawców? To, że obecnie w Polsce nie jest on ograniczony, więc odebrano by jakieś "prawo do internetu"? Nonsens. Nie tu leży źródło zła, źródło problemu, które należy zwalczać, zamiast bezustannie zajmować się objawami choroby. Złem jest zmuszanie dostawców do coraz dalej idących sztucznych, nierynkowych obowiązków: konieczność kosztownego nagrywania rozmów na potrzeby państwowego wywiadu, konieczność wymuszonych przez państwo obniżek cen, wymagających przenoszenia kosztów, obniżania zysków i coraz dalszego zmniejszania konkurencyjności branży . Tymi - i wieloma innymi - sposobami państwo sprawia, że obniża się opłacalność branży, znika więc możliwość pojawienia się konkurencji w postaci mniejszych lub w ogóle innych operatorów.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @Chevalier Bez nerwów! Jest lato, możemy sobie spokojnie pogadać. Luz. Imię Leopolda...
  • @romank Czyli zgadzamy się co do tego, że nie trzeba przymusu państwowego, żeby tradycyjne...
  • @nielubiegazety2 Nic nie pomogą gładkie słówka o wyższości racji i konieczności...

Tagi

Tematy w dziale